30 kwietnia

GAME OF THRONES 8 - ODCINEK TRZECI PRZYNIÓSŁ NAM DŁUGO WYCZEKIWANĄ BITWĘ!

GAME OF THRONES 8 - ODCINEK TRZECI PRZYNIÓSŁ NAM DŁUGO WYCZEKIWANĄ BITWĘ!

Uwaga! Poniższy post zawiera spojlery. Jeśli nie widziałeś jeszcze trzeciego odcinka 8 sezonu Gry o Tron nie czytaj! Zepsujesz sobie niespodziankę :)

Za nami trzeci odcinek ósmego, ostatniego sezonu, kultowego serialu Gra o Tron. Jak mogliśmy się spodziewać po poprzednim odcinku, ten skupił się wokół wielkiej bitwy obwołanej mianem Bitwy o Winterfell.

Jon Snow & Denerys Targaryen

Twórcy zgotowali Nam w tym docinku aż 87 minut akcji skupionej głównie wokół bitwy zakończonej niespodziewanym dla wielu finałem. Nie wiem jak Wy, ale Ja siedziałam przez cały ten czas praktycznie bez ruchu, całkowicie pochłonięta tym, co dzieje się na ekranie. 

Bitwa była epicka! Niektórzy porównują ją do Bitwy o Helmowy Jar z sagi Władca Pierścieni. Dla mnie ta bitwa miała zupełnie inny wymiar.

Nie da się ukryć, że ogromnym minusem odcinka jest mrok, w którym rozgrywa się akcja. Oczywiście rozumiem, że bitwa rozgrywająca się w nocy, miała również symbolizować walkę dobra ze złem oraz żywych z umarłymi, ale aż takie zaciemnienie obrazu bardzo utrudniało swobodne oglądanie. David Benioff i D. B. Weiss, czyli twórcy tego odcinka, za pomocą mroku właśnie oraz szybkiej akcji często przenoszonej pomiędzy bohaterów, w prosty sposób budują niesamowitą dramaturgię tego epizodu.

Zaczyna się on dość niespodziewanie, ponieważ po długiej nieobecności pojawia się znowu Czerwona Kapłanka, która za pomocą zaklęć podpala ogniem całe oręże khalasaru Dothraków. Zaczyna się szarża na Innych...


... która kończy się równie szybko. 
Na tle ciemnego nieba widzimy raz po raz gasnące ognie. Obrońcy Winterfell widzą już z jak trudnym przeciwnikiem przyszło im walczyć.
Dalej akcja rozwija się bardzo szybko. Nie chcę tutaj opowiadać całego odcinka, wystarczy więc, że zdradzę, że każdy kto oddycha rzuca się, by pomóc w obronie Winterfell.

No prawie każdy. Jak na Tyriona Lannistera przystało, znajdujemy go w krypcie grodu wraz z Sansą Stark popijającego wino (!) i gawędzącego z Lady Stark o czasach gdy byli jeszcze małżeństwem. Uwielbiam te postać! Tyrion już dawno doszedł do tego, że w bitwie może co najwyżej zginąć, więc chroni swe dary (czyt. swój błyskotliwy umysł), aby móc wykorzystać go poźniej. I ma rację!

Tyrion Lannister

Reszta bohaterów natomiast, na czele z Brienne , czyli jedyną kobietą która została rycerzem, walczy zaciekle z zajadłym wrogiem ramię w ramię z Jamiem Lannisterem, który próbuje odkupić swe winy.

Bienne z Tarthu

Do akcji włączają się oczywiście smoki, za pomocą których Denerys i Jon Snow palą z zapamiętaniem Umarłych. Przy takiej jednak przewadze liczebnej Umarłych nie na wiele się to zdaje. Jeśli chodzi o Jona, to zdecydowanie brakowało mi go w tym odcinku. Liczyłam na to, że odegra on jakąś kluczową rolę. I nawet przez chwilę zapowiadało się na to. Po tym, jak Nocny Król strącił go ze smoka, wyglądało na to, że Jon porwie się na jego zabicie w samotnej szarży...

Nic z tego! Nocny Król podnosząc ręce ponownie wskrzesił Umarłych, którzy skutecznie odcięli młodego Targaryena od niego. 

W międzyczasie Drogon, smok Denerys, został zaatakowany i dosłownie oblepiony Umarłymi, co poskutkowało zrzuceniem samozwańczej Królowej w sam środek bitwy. I byłaby ona zapewne zginęła gdyby nie... Jorah Mormont. Odwieczny obrońca Denerys poświęcił życie by po raz ostatni ratować swoją królową.

Jorah Mormont & Denerys Targaryen

No własnie. Śmierć bohaterów. Kto zginął w Bitwie o Winterfell?

Tym razem producenci nie pozwolili jeszcze na uśmiercenie żadnych z głównych bohaterów. Choć byliśmy przyzwyczajeni do tego niemalże od pierwszego odcinka serialu. Sama spodziewałam się śmierci Jamiego Lannistera w tej bitwie. Tak się jednak nie stało.
Owszem, Jorah Mormont był jednym z bohaterów, którego losy mogliśmy obserwować od pierwszego sezonu. Według mnie jednak, była to postać drugoplanowa, bez której tytułowa "gra o tron" będzie równie ekscytująca jak dotychczas.

Z rodziny Mormontów zginęła w bitwie jeszcze jedna osoba. I ta śmierć była spektakularna. Mowa tu o Lyannie Mormont, jedenastolatce, która miażdżona przez niebieskookiego olbrzyma ostatkiem sił wbija mu oszczep w oko! Jej odwaga jest nie do zakwestionowania.

Lyanna Mormont

Kolejnym, uśmierconym na początku odcinka bohaterem jest Lord Dowódca Nocnej Straży. Dawny przyjaciel Snowa. 

Ostatnią, i chyba najbardziej tragiczną śmiercią jest śmierć Theona Greyjoya (Fetora), który po wielu perypetiach i zdradzie Starków, z którymi się wychował, w końcu jednoczy się z Brannem i ginie w walce z Nocnym Królem broniąc go. To postać tragiczna i mocno okaleczona przez los. Ten bohater zdecydowanie nie miał lekko.

Theon Greyjoy

Jak kończy się Bitwa o Winterfell? 
Praktycznie do samego końca przewaga Umarłych umacnia się. Zalewają oni szerokim strumieniem mury grodu i zabijają wszystkich jego obrońców. Denerys otoczona jest armią Umarłych i konającym Jorahem a Jon Snow spotyka się oko w oko z Lodowym Smokiem, który lada chwila spali go niebieskim ogniem.

W między czasie Denerys z pomocą Drogona próbuje spalić Nocnego króla. Ten jednak jest odporny na smoczy ogień i wychodzi z tego starcia bez szwanku. Dociera do Branna Starka i w chwili gdy wyciąga miecz by go ściąć, znikąd pojawia się Aria atakując Nocnego króla z furią. Król łapie ją za gardło i wytraca nóż z ręki. Wszystko wydaje się być już przesądzone. Oczami wyobraźni widziałam już wszystkich broniących dotąd Winterfell, jak maszerują na Królewską Przystań w szeregach armii Nocnego króla połyskując niebieskimi oczami tak charakterystycznymi dla Umarłych.

Nic z tego! Aria szkolona była na wyspie Bravos na genialnego zabójcę. Łapie więc drugą ręką sztylet i głęboko wbija w trzewia Nocnego króla. 
I już! 
Największa armia zza muru kruszy się jak szkło w ślad za swym przywódcą!

Aria Stark

Tego się nie spodziewałam! Wiedziałam, że Aria Stark odegra w serialu jakąś kluczową rolę ale kompletnie nie spodziewałam się tego co zobaczyłam. 
Nasuwa się więc pytanie, czemu więc Aria wcześniej nie udała się za mur aby zabić przywódcę Umarłych skoro było to takie proste? Przez 7 sezonów to tej armii Jon Snow bał się najbardziej.

Wygląda więc na to, że nadal nie wiemy co będzie w kolejnych trzech odcinkach tego sezonu. Ja już nie mogę doczekać się kolejnego poniedziałku aby zobaczyć co było dalej! A Wy?

Dla przypomnienia daty i godziny kolejnych epizodów:

Odcinek 4: 5 maja 21:00 (Stany), 6 maja 3:00 (Polska) - długość odcinka 1h 18 min.
Odcinek 5: 12 maja 21:00 (Stany), 13 maja 3:00 (Polska) - długość odcinka 1h 20 min.
Odcinek 6: 19 maja 21:00 (Stany), 20 maja 3:00 (Polska) - długość odcinka 1h 20 min

Zdjęcia: materiały prasowe HBO

26 kwietnia

LOREAL REVITALIFT - IDEALNE SERUM NA PIERWSZE ZMARSZCZKI?

LOREAL REVITALIFT - IDEALNE SERUM NA PIERWSZE ZMARSZCZKI?

Ostatnio na blogu sporo było postów dotyczących kosmetyków. Dziś chciałabym zająć się produktem z kategorii pielęgnacja.

Zacznę więc od tego, że nie przepadam za nowościami do pielęgnacji. Naprawdę. Mam swoją grupę kosmetyków, które sprawdzają mi się wyśmienicie na co dzień i to z nich chętnie korzystam.

Jednakże czas płynie nieubłaganie i niestety upływ tego czasu zaczynam powoli dostrzegać na mojej twarzy. W końcu 30 - tkę obchodziłam sporo czasu temu :)
Postanowiłam więc wypróbować jakieś serum do twarzy. Długo zastanawiałam się jakie wybrać. Na pewno przeciwzmarszczkowe. Co jeszcze? Fajnie gdyby nawilżało moją suchą i wiecznie spragnioną  wody skórę :)

Bardzo zachwalane w Internecie jest serum marki Kiehl's. Jest ono jednak drogie. Zadałam sobie więc pytanie czy chcę wydać na kosmetyk około 200 pln nie wiedząc jak się u mnie sprawdzi w ogóle formuła serum? Nie. Zdecydowanie nie. Postanowiłam więc poszukać czegoś w odpowiedniejszej cenie.

Mój wybór padł na Loreal Revitalift Serum przeciwzmarszczkowo - nawilżające. Zobaczmy jak się u mnie sprawdził ten produkt.

Serum jest jednym z produktów z serii Revitalift. Jak na Loreal przystało, opakowanie produktu jest wykonane z należytą starannością i dbałością o szczegóły. Mamy tu bardzo ładną, szklaną, czerwoną buteleczkę z kroplomierzem. 
Opakowanie zawiera 30 ml produktu a po otwarciu producent rekomenduje jego zużycie w ciągu 12 miesięcy.

Co obiecuje Loreal? Przede wszystkim widoczne na skórze rezultaty praktycznie zaraz po zastosowaniu:
  • natychmiast po użyciu skóra ma być wygładzona i nawilżona
  • po 4h skóra ma być bardziej napięta (+38%) oraz nawilżona (+16%)
  • po 4 tygodniach stosowania zmarszczki mają ulec znacznemu spłyceniu


Ja swoje serum testowałam przez około 2 miesiące. Na tyle wystarczyła mi jedna buteleczka stosowana rano i wieczorem. Produkt ma białą, lekko przezroczystą i dość wodnistą konsystencję. Ma również bardzo przyjemny, delikatny zapach.


Nałożony na twarz momentalnie się wchłania i faktycznie pozostawia skórę przyjemnie nawilżoną. Nie lepi się ani nie klei. Praktycznie po kilku sekundach można przejść do nakładania kremu pod oczy oraz na całą twarz bez ryzyka, że produkty będą się rolowały na nie wchłoniętym w pełni kosmetyku. Nie stosowałam serum jako bazy pod makijaż jednak myślę, że nawet przy suchej cerze mógłby się całkiem dobrze sprawdzić. Oczywiście pod warunkiem, że nie nakładałybyśmy bezpośrednio na niego podkładu długotrwałego, który ma właściwości wysuszające. Pod taki podkład nakładałam zawsze nawilżający krem. Takie połączenie sprawdza się u mnie doskonale.

Pomimo faktu, że produkt rekomendowany jest dla kobiet 40+, uważam, że jest on świetny również dla kobiet po 30 - tce. Prawdą jest powiedzenie, że o zmarszczki trzeba zacząć dbać zanim one się pojawią :)

Czy widzę jakieś efekty stosowania produktu? 
Powiem jedno: JAK NAJBARDZIEJ TAK. 

Po dwumiesięcznym stosowaniu moja twarz jest zdecydowanie bardziej nawilżona a pierwsze zmarszczki faktycznie spłycone co oznacza, że są również mniej widoczne (cel osiągnięty!). Przy stosowaniu serum dwa razy dziennie skóra, to jest oczywiście moja subiektywna opinia, wygląda na młodszą.
Minusem jest fakt, że robiąc przerwę w stosowaniu serum skóra dość szybko wraca do pierwotnej "formy". 

Myślę, że teraz gdy robi się ciepło i nasza skóra będzie potrzebowała sporo nawilżenia produkt jest zdecydowanie wart polecenia. A jeśli jeszcze spłyca zmarszczki to dla mnie jest to produkt, który oceniam 10/10.


Czy Wam serum również się sprawdziło? Czy jednak nie bardzo?
Chętnie poznam Waszą opinię.

Loreal, Revitalift Serum Przeciwzmarszczkowo - ujędrniające, cena regularna 43,99 pln, dostępne w @Rossmann

19 kwietnia

PALETA PRETTY RICH DIAMOND LIGHT - NOWOŚĆ OD TOO FACED

PALETA PRETTY RICH DIAMOND LIGHT - NOWOŚĆ OD TOO FACED

Pretty Rich Diamond Light Palette to nowa paleta od marki Too Faced wchodząca w skład kolekcji  o tej samej nazwie - Pretty Rich. Oprócz powyższego cudeńka w kolekcji znajdziemy również nowe rozświetlacze, błyszczyki, tusz oraz pędzel.
Too Faced za każdym razem przykłada wielką wagę do opakowania kosmetyków jakie oferują. Wystarczy wspomnieć tylko o kultowych już "czekoladkach", czyli paletach cieni w kształcie tabliczki czekolady pachnących tym specjałem.

W przypadku palety Pretty Rich Diamond Light Palette nie było inaczej. Tym razem mamy do czynienia z opakowaniem imitującym diament. A wiadomo, że każda kobieta kocha diamenty :)

Osmiokątne, grube i bogato zdobione opakowanie na pewno przyciąga wzrok. Złote tłoczenia na wierzchu palety czynią ją jeszcze piękniejszą. Wierzch palety jest mięciutki i aż się prosi aby wziąć ją do rąk i zobaczyć co jest w środku. 

Paleta otwiera się trochę jak szkatułka a w środku znajdujemy to:


Powiedzcie same, czy nazwa palety nie jest adekwatna do jej zawartości? 

W środku, na tle czarnego atłasu mamy sporych rozmiarów lusterko inspirowane dawnymi toaletkami. Piękne!
W palecie dostępnych mamy aż 16 cieni. Kolorystyka utrzymana jest głównie w barwach złoto - różowo - burgundowych. Ostatni rząd cieni to już tzw. smaczki, bo znajdziemy tu odcienie szare, piękny błękit królewski oraz głęboką czerń.

Poniżej przedstawiam jak prezentują wszystkie kolory:


Cienie Too Faced słyną z bardzo dobrej jakości oraz wysokiego napigmentowania. Znam i bardzo lubię "czekoladki" tej firmy. Używam ich głównie do dziennych makijaży, gdyż ich kolorystyka to głownie brąze i beże. 
Przyjęłam więc "w ciemno", że jakość tych cieni będzie taka sama jak wszystkich poprzednich palet.
No więc... nie jest.

Kosmetyk zawiera cienie o różnym wykończeniu. Mamy maty, cienie o wykończeniu satynowym oraz brokaty.
Jeśli chodzi o maty to nie mam im nic do zarzucenia. Blendują się bez problemu, na powiece widać każdy kolor. Można nimi ładnie zbudować pożądany kształt powieki. 
Cienie błyszczące... no właśnie. Tutaj zaczyna się problem. Testowałam je na różne sposoby. Zaaplikowane na powiekę pędzlem dają bardzo znikomy efekt. Umieszczone na powiece palcem - jest lepiej ale do blasku ze swatchy na rękach jeszcze wiele im brakuje. Według mnie najlepszym sposobem na aplikację tych cieni jest ich aplikacja na specjalnie do tego przeznaczony klej do brokatów, czyli np. Glitter Primer z NYX lub Glitter Glue z Too Faced. Wtedy możemy wydobyć z cieni satynowych blask jaki widać na powyższym zdjęciu.

Co do czterech cieni brokatowych to uważam, że są one najsłabszymi produktami w palecie. Mimo, iż w opakowaniu prezentują się pięknie, to aby taki sam efekt uzyskać na powiece potrzeba chyba cudu. Nawet aplikowane mokrym pędzlem na klej do brokatu nie dają po pierwszej warstwie takiego efektu jakiego można byłoby się spodziewać. Ja musiałam napakować na oko dobrych kilka warstw aby wydobyć ich blask. Przy obecnej konkurencji na rynku oraz mnogości produktów, które duzo lepiej aplikują się na powieki uważam, że cienie te są dużym rozczarowaniem. Niemniej jednak pozostałe cienie są w porządku. 

Tylko, powiedzmy sobie szczerze, kupując paletę za ponad 200 pln nawet w pięknym i luksusowym opakowaniu oczekujemy, że będziemy korzystać z większości cieni a przynajmniej z każdego typu wykończenia. Gdyby wszystkie kolory miały taką samą jakośc jak cienie matowe polecałabym tę paletę gorąco. 

A tak... chyba zostanę przy "czekoladkach".

Jaka jest Wasza opinia o tym produkcie? Czy paleta faktycznie zasługuje na miano "pretty rich"?


Too Faced, Pretty Rich Diamond Light Palette, 225 pln, dostępna w @Sephora

15 kwietnia

GAME OF THRONES - CZEGO MOŻEMY SIĘ SPODZIEWAĆ PO FINALE 8 SEZONU?

GAME OF THRONES - CZEGO MOŻEMY SIĘ SPODZIEWAĆ PO FINALE 8 SEZONU?

Nareszcie! Po dwóch latach oczekiwania wreszcie doczekaliśmy się premiery kolejnego sezonu jednego z najlepszych seriali ostatnich lat. Szkoda, że to już niestety ostatni sezon. Ale, jak mówią "Winter is here".

Serial "Gra o Tron" produkowany przez stację HBO swoją premierę miał w kwietniu 2011 i od tamtego czasu zyskał miliony fanów na całym świecie. Początkowo scenariusz serialu opierał się na książce "Pieśń lodu i ognia" autorstwa George'a R.R. Martina. W miarę jednak kolejnych sezonów coraz bardziej odchodzono od fabuły opisanej w książce.

W chwili obecnej mieliśmy okazję obejrzeć już 7 sezonów serialu, a każdy następny był równie imponujący co pozostałe. 8 sezon będzie ostatnim sezonem tej pasjonującej sagi.

Dla osób nieznających fabuły serialu w wielkim skrócie opowiem, że jest to serial z gatunku fantasy. Akcja dotyczy trwającej od lat walki o Żelazny Tron pomiędzy czterema zwaśnionymi rodami: Baratheonami, Lannisterami, Targaryenami oraz Starkami. Ten, kto zasiada na wspomnianym tronie ma prawo do władania krainą Westeros, czyli wszystkimi Siedmioma Królestwami. Walka jest zacięta, co doprowadza do śmierci wielu, wydawałoby się, głównych bohaterów. W międzyczasie pojawiają się smoki oraz Inni (Biali Wędrowcy), którzy zbierają swoją armię umarłych za Wielkim Murem, który oddziela Westeros od Krainy umarłych.

Finał sezonu 7 dwa lata temu, zostawił chyba jeszcze więcej wątpliwości. Dowiadujemy się w nim, kim tak naprawdę byli rodzice Jona Snow, który wcześniej uznawany był przez świat za bękarta Neda Starka, następnie Lorda Dowódcę Nocnej Straży aby na końcu mieszkańcy Północy obwołali go Królem Północy mimo nieodpowiedniego pochodzenia. Mamy okazję zobaczyć rozwijający się romans pomiędzy nim a Denerys Targaryen, czyli Królową przybyłą zza Wąskiego Morza pretendującą do miana Królowej Siedmiu Królestw (Denerys ma dużo więcej przydomków, których nie będę tu wymieniać :)
Wiemy też, że obecna królowa Westeros - Cersei Lannister nie zamierza oddać Denerys Żelaznego Tronu bez walki. 

Cersei Lannister

W finałowym odcinku 7 sezonu dowiadujemy się również, że Nocny król, wraz ze swoją armią wcale nie potrzebował opłynąć Wielkiego Muru dookoła aby dostać się do Westeros. Po prostu użył smoka, który swym lodowym ogniem stopił mur tak, aby cała armia Innych spokojnie mogła wkroczyć do Westeros.
Na pewno więc możemy spodziewać się wielkiej bitwy ludzi z Innymi, która wisi nad bohaterami od samego początku. Czy zjednoczą się oni aby pokonać Nocnego króla? Większość pewnie tak. Co do Cersei to zakładam, że w końcu i ona się przyłączy, ale dopiero wtedy gdy Inni zagrożą jej bezpośrednio. W przeciwnym wypadku nie będzie sobie zawracać głowy pomocą wychodząc z założenia, że Inni pomogą zabić jej wrogów.

Nocny król

W międzyczasie świeżo odzyskanego Winterfell, siedziby rodu Starków, pilnują siostry Stark. Sansa i Arya. Pierwsza z nich świetnie sprawdza się jako Pani Winterfell. Arya natomiast, po uzyskaniu stosownych nauk na wyspie Bravos, została świetnie wyszkolonym zabójcą wspierającą siostrę w rządach.

Aria Stark

Jaka będzie ich rola w finałowej serii? Zapewne Arya będzie wspierać Jona w walce z Innymi a tym samym sprzymierzy się z Denerys Targaryen, przed którą Jon (Król Północy) ugiął kolano i uznał jej zwierzchnictwo.

Z tą deklaracją nie zgadza się Sansa. Można więc tylko domyślać się, że może ona stanąć przeciwko Jonowi, mimo iż ten pomógł jej odzyskać Winterfell.

Finał 7 sezonu nie dał nam odpowiedzi jakie będą dalsze losy braci królowej Cersei - Jamiego i Tyriona Lannisterów. Tyrion, zmuszony przez królową w poprzednich sezonach do ucieczki z Westros sprzymierzył się z Denerys Targaryen i został jej doradcą. Jamie Lannister, brat który walczył przez 7 sezonów o kazirodczą miłość Cersei, w ostatnim odcinku poprzedniego sezonu wydaje się od niej odwrócić. Nie wiadomo, jakie przygody przeżyje Jamie tym razem. Zawsze zresztą wydawało mi się, że jest on bardziej rozważny niż Cersei, której głównym celem, zdawać by się mogło, jest wybicie wszystkich ponieważ każdego z  bohaterów uważa za zdrajcę.

No cóż, premiera już dziś!
Czy Wy też nie możecie się już doczekać? Ostatnia seria obejmuje tylko sześć odcinków. Mają one jednak być dłuższe niż te z poprzednich serii.
Poniżej prezentuję daty emisji poszczególnych odcinków:

Odcinek 1: 14 kwietnia 21:00 (Stany), 15 kwietnia 3:00 (Polska) - długość odcinka 54 min.
Odcinek 2: 21 kwietnia 21:00 (Stany), 22 kwietnia 3:00 (Polska) - długość odcinka 58 min.
Odcinek 3: 28 kwietnia 21:00 (Stany), 29 kwietnia 3:00 (Polska) - długość odcinka 1h 22 min.
Odcinek 4: 5 maja 21:00 (Stany), 6 maja 3:00 (Polska) - długość odcinka 1h 18 min.
Odcinek 5: 12 maja 21:00 (Stany), 13 maja 3:00 (Polska) - długość odcinka 1h 20 min.
Odcinek 6: 19 maja 21:00 (Stany), 20 maja 3:00 (Polska) - długość odcinka 1h 20 min


Zdjęcia: materiały prasowe HBO

11 kwietnia

FENTY BEAUTY: PODKŁAD, KOREKTOR I PUDER - CZY TO TRIO FAKTYCZNIE SIĘ SPRAWDZA?

FENTY BEAUTY: PODKŁAD, KOREKTOR I PUDER - CZY TO TRIO FAKTYCZNIE SIĘ SPRAWDZA?

Fenty Beauty by Rihanna to marka, która w ostatnim czasie szturmem podbija rynek. Nie bez powodu. Założycielka marki dumnie prezentuje główną misję marki, którą jest to, aby  kosmetyki syngowane logo Fenty były dla wszystkich kobiet. Dzięki temu, zarówno podkłady jak i korektory dostępne są aż w 50 kolorach! Przy tak szerokiej palecie barw każdy znajdzie idealny odcień dla siebie.

Kilka miesięcy temu do bogatej gamy podkładów wprowadzono również korektory mające pasować odcieniami do podkładów a także puder sypki, który dostępny jest w wielu odcieniach. W sieci zawrzało. Ma to bowiem, według wielu, być hit. Z różnych powodów.

Sprawdźmy więc, czy zestaw dedykowany do wykonania makijażu bazowego faktycznie jest takim hitem. Ja, w celu napisania recenzji nabyłam niższe produkty:
  • Bazę matującą - Pro Filt'r Instant Retouch Primer
  • Podkład do twarzy -  Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation
  • Korektor - Pro Filt'r Instant Retouch Concealer
  • Puder sypki do twarzy - Pro Filt'r Instant Retouch Setting Powder

Baza matująca Pro Filt'r Instant Retouch Primer




Większość z Was zapewne wie, że makijaż twarzy najlepiej rozpocząć od nałożenia bazy pod makijaż. W zależności od rodzaju bazy nie tylko znacznie przedłuży ona żywotność podkładu ale również spowoduje, że twarz dłużej zostanie matowa. W niektórych przypadkach przykryje i wygładzi pory.

Co robi baza z Fenty? Otóż jest to zdecydowanie baza matująca, która sprawdzi się szczególnie przy cerze mieszanej i tłustej ponieważ położony na nią podkład zdecydowanie dłużej pozostanie matowy. Marka rekomenduje używanie podkładu z tej samej linii w parze z tą właśnie bazą. Duet ma działać cuda.

Konsystencja kosmetyku jest delikatna i dość wodnista. Baza po wyciśnięciu z buteleczki ma delikatnie różowy kolor ale na twarzy jest bezbarwna. Ma również przyjemny zapach. Po aplikacji bazy na twarz produkt bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia uczucia "tarcia" na skórze jak dzieje się to w przypadku baz silikonowych. Uczucie jest bardzo przyjemne.

Moja skóra twarzy jest sucha. Test podkładu przeprowadzałam zarówno z bazą jak i bez bazy. W moim przypadku nie zauważyłam różnicy w trwałości podkładu nosząc go zarówno z bazą oraz bez niej. Kosmetyk nie zmniejsza widoczności porów w zauważalny sposób. W moim odczuciu jest to fajny produkt, bez którego jednak zdecydowanie można obejść się na co dzień. Cena produktu w polskiej Sephorze to 142 pln za 50 ml, czyli jest ona tylko o 3 pln tańsza od podkładu. Uważam, że jak na produkt, którego działania nie widać na co dzień, cena jest zdecydowanie za wysoka. Za taką wolę kupić lepszy krem nawilżający, który da mi podobny efekt.

Warto też wspomnieć, że obecnie w Sephora dostępna jest również tzw. "podróżna" wersja bazy zawierająca 15 ml produktu w cenie 70 pln. Nie jest więc to zbyt opłacalna alternatywa, ale na potrzeby przetestowania produktu zdecydowanie polecam najpierw kupić tę wersję zanim zdecydujemy się na jej pełnowymiarową siostrę.

Podkład do twarzy Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation


Podkład jaki proponuje Nam marka Fenty Beauty jest podkładem długotrwałym o delikatnym matowym wykończeniu. Do wyboru mamy aż 50 odcieni. Spędziłam dłuższą chwilę w perfumerii aby dobrać odpowiedni kolor do mojej skóry. Po wielu "swatch - ach" stwierdziłam, że najlepszy dla mnie będzie kolor 180. To dość jasny, wpadający w żółte, neutralne tony odcień.
Konsystencja produktu jest bardzo kremowa, co zrozumiałe zważywszy na fakt, że ma on mieć duże krycie. Zapach kosmetyku jest delikatny, niewyczuwalny po aplikacji na twarz. Bardzo podoba mi się minimalistyczne opakowanie podkładu, który sprzedawany jest w przydymionych, szklanych buteleczkach z białym logo marki. Produkt posiada pompkę.

Jakie są moje pierwsze wrażenia po aplikacji podkładu? 
Wooow, wygląda pięknie! Ma dość mocne krycie, która ja akurat w zimniejszych miesiącach bardzo lubię, ponieważ zakrywa bez problemu niedoskonałości i zaczerwienienia. Kremowa konsystencja w zetknięciu ze skórą zmienia się w delikatnie atłasową co powoduje, że twarz jest pięknie ujednolicona i wygładzona. Podkład nie podkreśla żadnych suchych skórek. Skóra wygląda na gładką, jednolitą i promienną.
Jest to jeden z niewielu podkładów, który daje tak spektakularny efekt. Kolor 180, czyli ten wybrany przeze mnie idealnie dopasował się do odcienia mojej cery. Zobaczmy więc czy nowość od Fenty, czyli korektor również jest tak świetny jak podkład.

Korektor Pro Filt'r Instant Retouch Concealer


Korektor, tak jak podkład dostępny jest w 50 odcieniach pasujących numerami do numerów podkładów. Skoro więc wybrałam podkład w kolorze 180, korektor mam również w tym samym kolorze. Ma on być w tej samej tonacji ale o delikatnie jaśniejszym kolorze tak aby rozjaśnić i niepostarzać obszaru pod oczami.
Tak prezentuje się kolorystyka obu kosmetyków:


Opakowanie produktu jest mniejszą wersją opakowania w jakim oferowany jest podkład, czyli tu również mamy do czynienia z białą przydymioną buteleczką oznaczoną logo marki Fenty oraz białą zakrętką. Korektor dostępny jest wraz z aplikatorem. Ja zdecydowanie wolę taką formę aplikacji od korektorów z kroplomierzem. Tutaj konsystencja produktu również jest dość gęsta co, tak jak w przypadku podkładu, ma powodować duże krycie. Również pod oczami. Producent obiecuje, że korektor zakryje nawet największe cienie pod oczami oraz zminimalizuje opuchliznę jednocześnie nie wchodząc i nie podkreślając zmarszczek. Po tych obietnicach jestem w stanie prawie uznać, że to produkt idealny. Nie ma na co czekać, aplikuję!

Moje pierwsze spostrzeżenie jest takie, że wystarczy zaaplikować naprawdę odrobinę korektora aby przykrył cały obszar pod oczami. Nie mam w tej okolicy wielkich zasinień ale mam za to pierwsze zmarszczki mimiczne i bardzo zależy mi, aby korektor ich nie podkreślił. To jednak będę w stanie w pełni sprawdzić dopiero po jego przypudrowaniu.
Produkt świeżo nałożony faktycznie ujednolica i wygładza obszar pod oczami, przez co skóra wygląda na bardziej wypoczętą. Po przypudrowaniu zdecydowanie nie wchodzi w zmarszczki, nie wyciera się. Przez cały dzień wygląda świeżo. Wychodzi więc na to, że z tej serii bardzo podobają mi się już dwa produkty :)

Przejdźmy więc do ostatniego etapu przygotowania cery, czyli utrwalenia podkładu i korektora pudrem z tej samej serii.

Puder sypki Pro Filt'r Instant Retouch Setting Powder




Puder sypki dostępny jest w 8 odcieniach kolorystycznych. Dla Nas, kobiet o słowiańskiej urodzie zdecydowanie najlepszy będzie ten w odcieniu Butter. Na powyższym zdjęciu widać, że ma on lekko beżowy kolor który na skórze pozostaje transparentny. Jest to drugi kolor w całej gamie. Najjaśniejszy puder w odcieniu Lavender ma zdecydowanie jasnofioletowe tony, których zastosowania nie widzę nawet na bledszych karnacjach od mojej. Kolejny po Butter kolor to Banana, odcień mający wyraźne żółte, czy też bananowe, tony. Odpowiedni dla ciemniejszych lub opalonych karnacji. Następne odcienie są już zdecydowanie ciemniejsze.

Opakowanie produktu jest minimalistyczne i wykonane z wielką starannością o szczegóły. Trzymając produkt w ręku mamy wrażenie, że trzymamy produkt wysoko-półkowy.
W pudełku, oprócz pudru, znajdziemy również zatyczkę z logo FB zapobiegającą niekontrolowanemu wydostawaniu się zawartości z pojemniczka. Bardzo przydatna rzecz. Za cenę 139 pln otrzymujemy aż 29 gramów produktu.

Puder jest bardzo, bardzo drobno zmielony a jego konsystencja jedwabista. Bez problemu można nabrać odpowiednią ilość na pędzel i zaaplikować na twarz. Odpowiednia ilość jest kluczowa, przy zbyt dużej ilości uzyskamy chmurę pudru, która zostanie wszędzie (szczególnie na czarnej bluzce :))

Produkt daje matowe wykończenie i utrzymuje ten mat na wiele godzin. Nie jest to jednak "płaski" mat tylko soft mat, czyli efekt jaki mamy na cerze jest trochę satynowy.

Zarówno podkład jak i korektor przypudrowany tym pudrem nie podkreśla suchych skórek ani zmarszczek. Pięknie za to wygładza pory. Przy mojej suchej cerze makijaż twarzy utrzymuje się w nienagannym stanie około 12 godzin.

Pamiętajmy, że moja opinia jest kompletnie subiektywna, ale zdecydowanie polecam całe trio do makijażu twarzy z Fenty Beauty. Już dawno moja skóra twarzy nie wyglądała na tak pięknie ujednoliconą i wypoczętą.

To czego ponownie nie kupię to baza bo moim zdaniem czy ona jest czy jej nie - większej różnicy nie widzę :)


Fenty Beauty, Pro Filt'r Mini Instant Retouch Primer, cena 70 pln
Fenty Beauty, Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation, cena 145 pln
Fenty Beauty, Pro Filt'r Instant Retouch Concealer, cena 109 pln
Fenty Beauty, Pro Filt'r Instant Retouch Setting Powder, cena 139 pln

produkty dostępne na wyłączność w Sephora 

08 kwietnia

TORT KINDER BUENO - CZEKOLADOWA ROZKOSZ DLA PODNIEBIENIA

TORT KINDER BUENO - CZEKOLADOWA ROZKOSZ DLA PODNIEBIENIA

Dziś post trochę nietypowy bo z kategorii kulinarnej. Lubicie torty? Ja uwielbiam. Moim ulubionym tortem jest tort Cookies z Cukierni Sowa. Pyszności! Do tej pory nie jadłam lepszego :) No może do czasu tego Kinder Bueno.

Już od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad samodzielnym zrobieniem tortu. Czy to trudne? Czy sobie poradzę? Ponieważ jednak zbliżała się na taki tort idealna okazja, a moje dziecko zażyczyło sobie tort czekoladowy na swoje urodziny, stwierdziłam, że co mi tam, spróbuję!

Po długich poszukiwaniach znalazłam przepis na tort czekoladowy. Uznałam jednak, że tort z samą czekoladą będzie zbyt słodki więc trochę pokombinuję i stworzę swoją własną wersję tortu czekoladowego. 
Efekt? Moje dziecko zachwycone! Reszta rodziny również. Między słowami stwierdzili, że powinnam zacząć prowadzić bloga kulinarnego, a syn powiedział, że tort jest w "Top 10 wszystkich tortów jakie jadł" - to był mój pierwszy tort jaki dla niego przygotowałam - czuję się więc bardzo wyróżniona :) 

Kulinarnym ekspertem nie jestem ale postanowiłam podzielić się z Wami moim przepisem. Może ktoś będzie chciał wypróbować i pochwalić się w komentarzach pod postem wynikami w formie fotek.

Oto lista produktów, które będziecie potrzebować do wykonania tortu:

BISZKOPT CZEKOLADOWY
  • 6 jajek
  • 1 szklanka (250 ml) mąki pszennej
  • 1 szklanka (250 ml) cukru drobnego
  • 3/4 kostki margaryny typu "Kasia" do wypieków
  • 1,25 tabliczki gorzkiej czekolady najlepiej o zawartości kakao powyżej 80%
  • 1 mała łyżeczka proszku do pieczenia
PRZEŁOŻENIE TORTU (KREM Z BIAŁEJ CZEKOLADY)
  • 2 opakowania (500 ml) śmietany 36%
  • 1,5 tabliczki białej czekolady
dodatkowo
  • dowolny dżem z czarnej porzeczki
CZEKOLADOWA POLEWA
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady najlepiej o zawartości kakao powyżej 80%
  • 1/4 kostki margaryny typu "Kasia" do wypieków
  • 1 opakowanie śmietany 36%
DEKORACJA TORTU (wedle gustu, ja użyłam produktów poniżej)
  • 1 jajko Kinder Niespodzianka
  • 5 mlecznych czekoladek Kinder
  • 1 batonik Kinder Bueno w czekoladzie mlecznej
  • 1 batonik Kinder Bueno w białej czekoladzie

WYKONANIE.

Biszkopt.
Pokruszoną czekoladę oraz margarynę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Oznacza to, że wkładamy je do szklanej miski i stawiamy na garnku z gotującą się wodą tak, aby dno miski nie dotykało wody.
Czekamy aż składniki rozpuszczą się całkowicie, mieszamy je ze sobą łyżką, zdejmujemy z garnka i odstawiamy do ostygnięcia.
Następnie oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na bardzo gestą pianę stopniowo dodając dwie łyżki stołowe cukru z przygotowanej szklanki.
W drugim naczyniu ucieramy żółtka z pozostałą ilością cukru na gładką, kremową masę. Następnie dodajemy mąkę, proszek do pieczenia, ostudzoną masę z masła i czekolady oraz pięć łyżek stołowych piany z białek. Pomoże Nam to łatwo rozmiksować wszystkie składniki. Dokładnie mieszamy mikserem lub blenderem. Po uzyskaniu jednolitej masy dodajemy pozostałą część piany z białek. Od tego momentu nie używamy już miksera. Delikatnie łączymy wszystko w jedną całość za pomocą drewnianej łyżki.
Gotową masę przekładamy do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy. Papierem wykładamy tylko dół tortownicy, boki zostawiamy. Ja użyłam formy o średnicy 23 cm.
Wstawiamy do piekarnika nagrzanego wcześniej do 170 stopni z opcją pieczenia "góra - dół". Pieczemy przez 45 min do tzw. "suchego patyczka".
Po wyjęciu biszkopta z piekarnika zrzucamy go w wysokości kolan na podłogę. Serio :) Nic mu się nie stanie a gorące powietrze uwolni się i biszkopt nie opadnie. Gdy ciasto wystygnie delikatnie okrajamy boki i wyjmujemy z tortownicy. Kroimy na trzy równe blaty.

Krem z białej czekolady.
Śmietanę wlewamy do garnka. Dodajemy pokruszoną czekoladę i podgrzewamy często mieszając aż do połączenia składników. Zdejmujemy z ognia i odstawiamy do wystygnięcia. Następnie garnek przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy na całą noc do lodówki.
Wyjętą z lodówki masę miksujemy na wolnych obrotach aż do uzyskania gęstego kremu.

Polewa czekoladowa.
Wszystkie składniki rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Odstawiamy do ostygnięcia.

PRZEKŁADANIE TORTU:

Każdy z blatów trzeba nasączyć. Ja wykorzystałam do tego całą szklankę słabej herbaty z cukrem i dużą ilością cytryny. Przy nasączaniu trzeba pamiętać, że blaty mają być wilgotne ale nie mokre bo tort będzie się rozpadał.
Przekładanie rozpoczynamy od położenia blatu na paterze. Na blat rozprowadzamy grubą warstwę dżemu z czarnej porzeczki dokładnie rozsmarowując. Na to kładziemy porcję kremu z białej czekolady. Na to kolejny blat i znowu warstwa dżemu oraz kremu z białej czekolady. Przykrywamy wszystko ostatnim blatem. Pozostałą częścią kremu obkładamy cały tort (górę oraz boki) i wygładzamy.
Na samą górę stopniowo wylewamy łyżką polewę czekoladową. Spływająca z boków tortu czekolada po zastygnięciu utworzy fajny dekor. Na górze układamy połamane czekoladki i jajko Kinder Bueno.

Do czasu podania tort najlepiej przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Tak wygląda tort w środku:


oraz z przybraniem urodzinowym:


Jak Wam się podoba?

04 kwietnia

KULTOWA PALETA SOFT GLAM - CZY FAKTYCZNIE JEST NIEZBĘDNA W NASZYCH KOSMETYCZKACH?

KULTOWA PALETA SOFT GLAM - CZY FAKTYCZNIE JEST NIEZBĘDNA W NASZYCH KOSMETYCZKACH?

Często na różnych forach internetowych kobiety szukają idealnej palety do makijażów dziennych. Wiele z nich, po długich poszukiwaniach wybiera kilku swoich faworytów. Między innymi paletę Soft Glam od Anastasia Beverly Hills. Z racji jednak jej wysokiej ceny padają pytania czy jest warta wydanych na nią pieniędzy i czy faktycznie sprawdzi się jako ta jedyna.
Postanowiłam podjąć wyzwanie i spróbować odpowiedzieć na powyższe pytanie w formie recenzji.

Paleta, jak i cała marka Anastasia Beverly Hills, dostępna jest od zeszłego roku w polskich sklepach Sephora. Produkty tej marki można również znaleźć w kilku sklepach internetowych z brytyjską www.anastasiabeverlyhills.co.uk na czele.

W portfolio marki znajdziemy kilka palet w różnej tonacji. Paleta Soft Glam była pierwszą "nudziakową" paletą, którą miłośniczki makijażu pokochały za jej uniwersalność. Produkty Anastasii słyną z niesamowitej jakości, niejednokrotnie określanej jako jakości na najwyższym poziomie. Palety natomiast słyną z bardzo mocnej pigmentacji cieni. Zobaczmy więc jak jest z tą paletą.

Opakowanie produktu, jak wszystkich wcześniejszych palet, również zrobione jest z miękkiego, "misiowatego" materiału co powoduje, że bardzo miło trzyma się ją w rękach. Jest jednak jeden minus takiego opakowania - bardzo szybko się brudzi i ciężko jest je potem wyczyścić!
W środku znajduje się duże lusterko, bardzo przydatne podczas wykonywania makijażu. Tak jak w pozostałych paletach, również w tej znajdziemy 14 cieni oraz dwustronny pędzelek do ich aplikacji. Muszę przyznać, że w przeciwieństwie do pędzelków zwykle dołączanych do palet, które są kompletnie nieużyteczne, ten z powodzeniem można włączyć do swoich "pędzelkowych" zbiorów. Z jednej strony mamy puchaty pędzelek idealny do blendowania cieni, z drugiej natomiast - płaski do aplikowania cieni na przykład na całą powiekę.

Co co cieni, prezentują się tak:

W palecie znajdziemy cienie o matowym, satynowym oraz metalicznym wykończeniu. 
W górnym rzędzie od lewej są to kolory:
  • Tempera - lekko satynowy, beżowy 
  • Glistening - metaliczny, szampański z drobinkami
  • Orange Soda - matowy, jasno - pomarańczowy
  • Rose Pink - metaliczny, różowy z drobinkami
  • Sultry - metaliczny, średni brąz z czerwonym podtonem (bardzo ciekawy i unikatowy cień!)
  • Bronze - metaliczny kolor żółtego złota z drobinkami
  • Mulbery - matowy, ciemny ceglasty

W dolnym rzędzie znajdziemy natomiast poniższe kolory:
  • Dusty Rose - matowy, jasno-wiśniowy cień (idealny do budowania załamania powieki)
  • Fairy - metaliczny, jasny z drobinkami (ja używam go do rozświetlenia wewnętrznych kącików oczu)
  • Burnt Orange - matowy, pomarańczowy
  • Sienna - matowy, lekko ceglasty
  • Rustic - matowy, średnio-brązowy
  • Cyprus Umber - matowy, ciemny brąz
  • Noir - matowa najczarniejsza czerń

Używam tej palety od kilku miesięcy. Przy pierwszym użyciu, niepomna opinii innych, zachwycona kolorami, z zapałem zaczęłam nabierać cienie na pędzle i aplikować na oczy. 
Jakie było moje zdziwienie, ba! przerażenie, gdy zobaczyłam jak mocny pigment mają te cienie. Napakowałam na powiekę tyle cienia, że zrobiła mi się jedna wielka plama, której za żadne skarby nie miałam jak rozblendować! Pigment był tak mocny, że zabrakło mi powieki na roztarcie cienia. Skończyło się na tym, że makijaż oka musiałam zmyć i zaczynać wszystko od początku.
Po tej przygodzie nawet na chwilę "obraziłam się" na tę paletę i przez kilka tygodni nie sięgałam po nią wcale :)

Teraz już wiem jak pracować z tymi cieniami. Należy nabierać na pędzel bardzo, bardzo małą ilość (wystarczy ledwo dotknąć pędzlem cienia) i stopniowo dokładać aby uzyskać pożądany efekt. 
Cienie są bardzo miękkie a ich konsystencja bardzo masełkowa przez co mocno się pylą w palecie. Jest to naturalne przy takiej konsystencji. Pigmentacja jest nieziemska. Naprawdę, do czasu kupna tej palety nigdy w życiu nie miałam okazji pracować z tak mocno napigmentowanymi cieniami. Jednak tak jak pisałam wcześniej, trzeba z nimi trochę uważać.

Dobór kolorystyczny palety jest piękny, używam praktycznie wszystkich cieni. W zależności od efektu jaki chcę uzyskać, z pomocą Soft Glam jestem w stanie wyczarować delikatny makijaż dzienny oraz ciemne i mocne smoky eye.

Ja ze swojej strony mocno polecam ten produkt. Fakt, jest drogi ale zdecydowanie wart wydanych na nią pieniędzy.

PS. Warto wspomnieć, że Soft Glam to paleta w zdecydowanie ciepłych tonacjach, jeśli ktoś jednak woli chłodną paletę barw w palecie - serdecznie polecam inną paletę Anastasii - Sultry. Recenzję tej palety również znajdziecie na moim blogu. TU

Anastasia Beverly Hills Soft Glam Palette, 249 pln, dostępna w @Sephora

01 kwietnia

JUST PEACHY - CAŁA PALETA W MATACH

JUST PEACHY - CAŁA PALETA W MATACH

Obecnie na rynku dostępnych jest wiele palet do oczu. Większość z nich oferuje w tym kompaktowym rozwiązaniu cienie o różnej fakturze, od cieni matowych, przez satynowe aż po foliowe. Stosunkowo jednak niewiele jest propozycji złożonych z samych cieni matowych.
Too Faced w ramach swojej brzoskwiniowej serii proponuje nam dwie palety:
- Just Peachy Mattes
- White Peach

Kolorystyka palety White Peach nie przemówiła do mnie zbytnio. Ale Just Peachy Mattes już tak. Postanowiłam więc ją kupić i sprawdzić, czy da się zrobić pełen makijaż oka tylko tą matową paletą.

Pierwsze co rzuca się w oczy to opakowanie. Pięknie zdobione, przypominające trochę puderniczkę. Opakowanie palety jest metalowe i solidne. Raczej odporne na zarysowania.

Zajrzyjmy więc do środka.
Tuż po otwarciu uderza w nas piękny, brzoskwiniowy zapach cieni tak dobrze znany mi już z testów podkładu oraz pudru sypkiego z tej samej serii. O nich również znajdziecie artykuł na blogu.
To, czy paleta pachnie ładnie czy też nie to już indywidualna preferencja. Mnie zapach całej tej serii bardzo odpowiada. Kojarzy mi się z wiosną i promieniami słonecznymi. Cudo.
Jak wszystkie palety od Too Faced, ta również posiada duże lusterko w środku.

Przejdźmy teraz do samych cieni.
Mamy tu 12 cieni głównie w kolorach różowo - brzoskwiniowych oraz kilka beżów. Kompozycja kolorów w palecie jest bardzo inspirująca i uważam, że marka Too Faced była jedną z pierwszych, która taką kolorystykę zaproponowała. Potem była jeszcze sławna New Nude od Huda Beauty, która proponowała podobną kolorystykę, ale w różnych wykończeniach. Just Peachy Mattes była jednak pierwsza na polskim rynku.
Cienie mają jedwabistą konsystencję. Pigmentacja jest na bardzo dobrym poziomie. Lekko się pylą przy aplikacji z palety na pędzel. Praca z paletą to czysta przyjemność.
Na plus należy zaliczyć obecność w palecie matowego beżu o nazwie Peach Merinque. Minusem natomiast jest brak czarnego cienia, ponieważ uniemożliwia Nam to wykonanie kreski na powiece. Ja kreski uwielbiam i nie wyobrażam sobie makijażu bez nich.
Kolory pięknie się blendują i ładnie przechodzą między sobą. Używając kilku kolorów można zbudować piękne smoky eyes. Jednak jak dla mnie trochę zbyt dużo w palecie tych róży i brzoskwiniowych tonacji. Paletą wykonany wyłącznie ciepłe makijaże, podobnie do siebie wyglądające makijaże.  

Ja chyba jednak najlepiej czuję się w klasycznych kolorach Ziemi i ta paleta nie jest przeze mnie często używana. Jednak jeśli chodzi o jej jakość i sposób wykonania nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia.



Too Faced, Just Peachy Matte Eye Pallette, cena 199 pln, dostępna w @Sephora 
Copyright © 2016 ANETA LASOŃ BEAUTY TALKS , Blogger